fbpx

O dziewczynce, która leżała w szpitalu

Nagle znalazłyśmy się z trzyletnią córką na oddziale dziecięcym. Mnóstwo obcych ludzi. Jakieś kobiety w białych fartuchach. Mierzenie i ważenie, pomiar ciśnienia przez ciasną opaskę, badanie stetoskopem, patyk w buzi, pobieranie krwi, badanie moczu, założenie wenflonu, wymaz u ust…

Zuzia jest przerażona. Od zawsze badania lekarskie były dla niej trudne, nigdy jednak nie miała ich w takiej ilości w takim natężeniu.

Nie dziwię się, że dużo przy tym emocji. Trudnych emocji, które wybrzmiewają z małego ciałka głośnym płaczem, niosącym się po korytarzu i krzykiem, broniącym granic, wyrażającym sprzeciw.

Jestem blisko, staram się towarzyszyć i wspierać. Zachowanie spokoju nie przychodzi mi łatwo, gdy słyszę skierowane do mojego dziecka „Nie bój się! Nie płacz! Posłuchaj, co do ciebie mówię!”-mocne i nie znoszące sprzeciwu.

Jeszcze rentgen klatki piersiowej.

Jestem z nią w poczekalni. Trzymam za rękę. Pozwalam płakać. Ciągle obija mi się o uszy „nie płacz”, „nie bój się”, „to nie boli”-wypowiadane przez personel medyczny, czy to do Zuzi, czy do innych dzieci.

W końcu idziemy na salę. Czeka już kroplówka, którą moje dziecko chce odpiąć. Płacze, że boli ją ręka.

Metalowe łóżeczko przypomina klatkę. Zuzia nie chce tam siedzieć, usypia w moich ramionach, na krześle. Po przebudzeniu nadal nie czuje się pewnie. Niewiele je, mało pije. Chce być blisko. Wieczorem jednak chce już odwiedzić pokój zabaw. Przygląda się kolejnym rzeczom z zaciekawieniem, ma już pomysły, co będziemy robić.

Zasypiamy razem, na materacu, na podłodze. Rano zrywam się nagle i słyszę, że muszę już złożyć materac, bo zaraz sprzątanie. Zuzia przebudza się również, niewyspana. Mówi, że chciałaby jeszcze spać. Ale już kolejne badanie krwi. Słychać nas. Trzymam ją na kolanach i przytulam.

Nie dostajemy jedzenia, bo będzie USG. Kiedy? Jak doktor wezwie.

W międzyczasie inhalacja. Zuzia nie chce założyć maseczki, mówi, że to boli i poleci jej do oczu. Boi się. Jest roztrzęsiona po pobraniu krwi, zapłakana. Próbuję dać jej empatię i zastanawiam się, na ile ta inhalacja jest konieczna właśnie teraz. Okazuje się ważna. Czuje się bezradna, bo wiem, jakie to trudne dla mojej córki. Nie chcę odpuścić, bo to ważny element leczenia, nie chcę też robić tego na siłę. Podchodzi pielęgniarka, chwyta ją mocno za ręce i mówi głośno, że ona to zrobi.

-Proszę ją zostawić. Poradzimy sobie– Odpowiadam. Skupiam się na córce. Chcę dać jej tyle wsparcia ile mogę.

Zuzia płacze. Nie chce inhalacji, wcale.

Próbuję dawać empatię, tłumaczyć, o co chodzi, dawać tyle wyboru ile się da. Próbuję zabawy w słonia, ale napięcie jest zbyt duże.

Dookoła cisza i inhalujące się dzieci. Pielęgniarka wchodzi, co chwilę do sali i staje nad nami.

-Jak Pan sobie nie radzi to ja to zrobię. Co to znaczy, że dziecko nie chce?!

Czuję, jak rośnie we mnie złość. Skupiam się na Zuzi, nie pozwalam jej chwycić, bo pani zdaje się znowu próbować. Nie odpowiadam jej. To wszystko, na co mnie w tej chwili stać, poza obrzuceniem jej kilkoma epitetami, czego jednak nie robię.

Próbuję dalej. Przychodzi moment, że moja córka, choć niechętnie, zakłada maseczkę. Przytulam ją, trzymam za rękę. Staram się dawać empatię. I czuję, że to bardzo trudne dla nas obu.

Obchód. Badanie x3. Znowu patyczek w buzi i rozdzierający płacz.

Idziemy na USG brzucha. Trzylatka się boi. Opowiadam jej o galaretce, którą doktor rozsmarowuje na brzuchu- trochę zimnej, i że będzie mogła zobaczyć brzuch na ekranie. Czekamy na naszą kolej. Dwójka dzieci wychodzi z gabinetu. Pielęgniarka mówi, że wracamy na oddział. Naszego badania nie będzie, choć zgłoszone. Może jutro. Bo doktor powiedział, że nie zrobi. Bo nie.

Pytam, o co chodzi, a w odpowiedzi słyszę, że nie można nic z tym zrobić. Nasza doktor jednak może, bo zaraz wracamy i badanie się obywa. Nareszcie możemy zjeść, odpocząć. Zaraz zjawia się tata z niespodzianką. Zmieniamy się przy dziecku.

Gdy wracam bawią się figurkami. Zuzia jest zmęczona i znów zasypia na moich kolanach. Odkładam ją delikatnie. Po przebudzeniu widzi się z babcią.

Wieczorem – przemiana. Samochód z pokoju zabaw jeździ po korytarzu, córeczka dotyka swój wenflon i bada go. Głaszcze biedronkę- inhalator i mówi, że ją oswaja. Idziemy się bawić. Już wieczór i czas na inhalację, bo gdy inne dzieci robiły nie chciała i pozwoliłam jej ja to. Mówię, że nie chciałabym, żebyśmy obudziły dzidziusia, który śpi na naszej sali. Może przeniesiemy biedronkę do pokoi zabaw i tu zrobimy inhalację? Gadamy o niemowlaku i Zuzia się zgadza. Wybiera, że najpierw ułożymy puzzle. Potem woli usiąść na kolanach niż na krześle. Zgadza się, jednak maseczkę zakłada niechętnie. Chciałaby bajkę, ale jednak po inhalacji, bo woli zamknąć oczy. Chce, żeby jej śpiewać i robić masażyki na plecach.

Robimy tę inhalację. Spokojnie, bez trzymania na siłę. Widzę że Zuzi jest łatwiej niż rano. Potem wspólnie ogarniamy materac do spania i idziemy umyć. Dziewczynka czuje się już pewniej w różnych oddziałowych pomieszczeniach, a te czynności stały się zabawą.

 

O przeżywaniu uczuć

Akurat będąc w szpitalu, u Gosi Stańczyk, trafiłam na słowa D. Geldart: „ pełne przeżywanie uczuć powoduje spadek ich intensywności, albo przemianę.” Tak właśnie to widzę. Zuzia potrzebowała przeżyć swoje trudne emocje w bezpiecznej bliskości, by poczuć się dobrze na oddziale. By zacząć się bawić i śmiać.

Bywa, że takie przetoczenie trwa chwilę. Tutaj trwało długo (?), bo dobę z przerwami. Mam teraz poczucie, że te trudne doświadczenia wręcz zbliżają nas do siebie. Czuję, że jesteśmy w tym razem i mam nadzieję, że moja córka też to czuje.

Pozwólmy dzieciom przeżywać emocje. Nawet, gdy ktoś stoi nam nad głowa i twierdzi, że sobie nie radzimy i mamy poczucie, że większość płaczu na oddziale dochodzi z naszej sali, a wszystkie inne dzieci „ grzecznie się inhalują”. Dajmy empatię najpierw sobie. Bo to naprawdę trudne. Nie ulec, ani nie dać nikomu w zęby. Towarzyszyć spokojnie. Być. Być blisko dziecka.

Chcę być bezpieczną bazą tam, gdzie padają zaprzeczenia „nie płacz”,nie bój się” i kłamstwa „ nie boli”. Kłucie igłą boli, maszyna do rentgena może napawać strachem, a cała sytuacja wywoływać łzy. Dzieci (tak samo jak dorośli) mają prawo płakać. Mają prawo do akceptacji tego faktu przez dorosłych i wzięcia go na klatę, zamiast oczekiwania, że trzylatek chętnie wystawi rękę do wkłucia i jeszcze podziękuje, że tak sprawnie poszło.

To trudna sytuacja, również dla mnie. Nie chcę naruszać granic córki, chcą wziąć pod uwagę jej strach, łzy i protesty, a jednocześnie wiem, że pobyt tutaj jest konieczny dla jej zdrowia. Badania, wenflony, leki, inhalacje. Bardzo mi pomaga rozróżnienie pochodzące z Porozumienia bez Przemocy (NVC) pomiędzy siłą ochronną, a siłą karzącą.

Siła ochronna, jak sama nazwa wskazuje, jest po to by chronić, nie ranić. Nie jest przeciwieństwem przemocy, bo granica jest tu nieostra-bywa, że zakłada działanie wbrew temu, co chce dziecko i ma na celu zrobienie tego, co jest pomysłem dorosłego- jednak w takim celu, by chronić życie i zdrowie. Myślę tu o pobraniu krwi, o wykonaniu niezbędnych badań, podaniu leków, czy zatrzymaniu dziecka, które wybiega na ulicę. Siła karząca, której chcę unikać, jest używana po to, żeby dziecko się czegoś nauczyło (czasem ludzie mają taki pomysł, że jak ktoś doświadczy kary-czegoś nieprzyjemnego, to więcej tego nie zrobi), czy aby zmusić je do posłuszeństwa. Granice między nimi bywają subtelne, dlatego bardzo ważna jest świadomość intencji- po co robię, to co robię?

W szpitalu byłam świadkiem takiej sceny: Tata próbował podać ostatnią dawkę antybiotyku swojemu synkowi. On wyrywał się i płakał, wypluwał wciskany do buzi lek. Przytrzymywany za chwilę dostawał go znowu. Trwało to długo. Może godzinę. Wcześniej była próba negocjacji, a w poprzednich dniach chłopczyk po prostu brał antybiotyk. Teraz było tak.

Wystarczająco długo jestem już mamą, by tego nie osądzać. By wiedzieć, że czasem inaczej się nie da, albo przynajmniej się tak wydaje, że w dużych emocjach (po obu stronach) naprawdę trudno jest znaleźć inne rozwiązanie.

Choć nie zawsze jest to możliwe (bo, gdy dziecko wybiega na ulicę po prostu je łapię, nie ma tu zbyt dużo czasu na myślenie), chcę jak najczęściej pamiętać o refleksji. Przychodzi mi do głowy kilka pytań, które mogą być pomocne.

  • Czy to, co robię rzeczywiście jest konieczne? Czy ten zabieg lub lek jest rzeczywiście niezbędny? Myślę, że jest ogromna różnica np. pomiędzy podaniem leku na zbicie wysokiej gorączki, a suplementu diety.
  • Czy muszę to zrobić teraz? Kiedy miałam zrobić córce inhalację i stała nade mną pielęgniarka, grożąc mi, że ona to zrobi, skoro sobie „nie radzę”, podczas, gdy moje dziecko było zestresowane po badaniach i zapłakane, to…teraz myślę, że mogłam powiedzieć, że zrobię tą inhalację za pół godziny, nie teraz. Wtedy nie wpadłam na taki pomysł i czułam taką presję, jakby od tego, czy zrobię w tym momencie zależało jej zdrowie. Ostatecznie i tak nie zrobiłam jej od razu, ale byłoby mi zdecydowanie łatwiej, gdybym pozwoliła sobie na to, by nie dopuścić do siebie presji, że „muszę w tej chwili”.
  • Czy możliwy jest inny sposób? Czasem zmiana np. formy podania leku- przez strzykawkę/przez słomkę/ popijając sok okazuje się być dla dziecka OK.
  • Czy to naprawdę jest sytuacja, w której zdrowie lub życie jest zagrożone, czy chodzi raczej o moje przekonania, że tak trzeba lub o chęć postawienia na swoim?
  • Czy mogę dać dziecku wybór? Czy jest coś, co może mu pomóc w tej sytuacji? Może ona ma jakiś pomysł? Moja córka, gdy nie była w zbyt dużym napięciu miała swoje pomysły- oswajanie biedronki inhalatora, siedzenie na kolanach, głaskanie po plecach. Tutaj dziecko jest ekspertem. Czasem wystarczy po prostu go zapytać.

Zawsze mamy wybór- w jaki sposób to będzie zrobione. Czy najdelikatniej jak się da? Czy z czułością, empatią? Z uszanowaniem sprzeciwu dziecka? I tego, że ono ma prawo płakać i krzyczeć, że nas nie lubi? Czy z zadbaniem o jego emocje po tym wydarzeniu?

Warto pamiętać, że dziecko- zwłaszcza małe nie rozumie różnicy pomiędzy siłą ochronną, a karzącą. Może nie zdawać sobie sprawy, jakie to ważne, by np. wziąć antybiotyk. Dla niego to sytuacja naruszająca- jego granice, jego autonomię. Czy pamiętamy, że ono ma inną perspektywę? Czy dajemy mu prawo do przeżycia emocji? Czy dajemy mu empatię i wsparcie?

Bardzo rezonują we mnie słowa przytaczane już słowa D. Geldart:

„ Pełne przeżywanie uczuć powoduje spadek ich intensywności, albo przemianę.”

Pozwólmy dzieciom na przeżywanie uczuć. Pozwólmy na to również sobie.

Ciekawa jestem, co Wam pomaga, gdy staracie się chronić zdrowie i życie swoich dzieci? Może podzielicie się ze mną w komentarzach?

Jeśli uważasz ten tekst za wartościowy, będę wdzięczna jeśli podzielisz się nim z innymi ;).

 

8 Comments

  1. Bardzo ładny tekst, chciałabym tak umieć wesprzeć moja córkę jak bedzie taka potrzeba. Przesyłam mężowi ☺️

    1. Dziękuję :). Coraz bardziej doświadczam, jakie to ważne, by po prostu być. I, że wszystko zaczyna się od nas samych. Powodzenia w rodzicielskich wyzwaniach 🙂

  2. Doroto, piękny, mądry, watościowy, poruszający wpis. Bardzo Ci za niego dziękuję! Mocno we mnie rezonuje od pierwszego przeczytania…. Ostatnie dwa tygodnie to zmagania z chorobą córki (całe szczęście ominął nas szpital, po dwóch pobytach ze straszym synem, robię wszystko, co mogę, żeby tam się nie znaleźć). Był to czas trudny, ale rónocześnie bogaty w bliskość, pełen całej palety uczuć i wyborów – jak podążać, jak towarzyszyć, jak wybierać między tym, co muszę zrobić teraz, a co mogę zrobić potem. Cytat, który przytoczyłaś, Twoje pytania do refleksji, rozróżnienie siły karzącej i ochronnej są bardzo pomocne. Domknęły mi ten trudny czas. Na pewno będę wracać do Twojego tekstu. Warto, aby dotarł do większej liczby osób – zwłaszcza rodziców i personelu medycznego…

    1. Dziękuję, cieszę się, że był dla Ciebie pomocny 🙂 Piszesz o tym, jakiego bogactwo dobra możemy doświadczać mimo przeżywanych trudności. Czytam o tym ze wzruszeniem. To dla mnie inspiracja:)

  3. Bardzo wartościowy tekst. Nigdy nie wiemy, na kogo trafimy, czy dana osoba pracuje z pasją, czy „za karę”. Dlatego tak ważne jest danie dziecku poczucia bezpieczenstwa i tego, że jest rozumiane, że ma prawo nie chcieć, czy bać się. Piszę to nie tylko jako mama, ale przede wszystkim jako personel medyczny

    1. Dziękuję Ci Magdalena. Cieszy mnie każda osoba z personelu medycznego, która daje dziecku na to przestrzeń. Choć to pewnie trudne.

  4. Bardzo dziękuję za ten tekst. Niedawno sama miałam podobną sytuację – trafiłam z 1,5 rocznym synkiem do szpitala. Ja sobie radziłam z personelem (na ile mogłam oczywiście), ale to co mnie rzuciło się najbardziej w oczy to nie personel, a rodzice. Zobaczyłam, jak wiele oni potrzebują wsparcia, bo ich złość, frustracja, strach, smutek nie ma szansy znaleźć nigdzie ujścia, nie ma szansy zostać usłyszanym. A tego wsparcia najczęściej nie dostają. Trafiłam akurat na oddział onkologiczny, gdzie dzieci przez długi czas pozostawały w szpitalu, najczęściej ze swoimi mamami. Rzadko zdarzało się, że zamieniał je ojciec czy ktokolwiek inny. Były więc zdane na siebie, siedziały w zamknięciu i nie miały szansy naładować baterii, tak, by być dla dziecka wsparciem. Personel niestety też im nie pomagał. Kończyło się to niestety zwykle tak, że „obrywało” dziecko – były krzyki, zastraszanie, brak zgody na przeżywanie jakichkolwiek emocji, nawet radości itp. Pamiętam, że tak bardzo mnie to uderzyło, że zaczęłam się zastanawiać, czy jakoś można tym mamom pomóc. Zorganizować jakieś warsztaty w szpitalu, grupę wsparcia? Sama nie wiem, ale bardzo długo nosiłam w sobie ten obraz mam, które z bezsilności, strachu i złości robiły rzeczy, których same nie chciały.

    1. Mocno trafiają do mnie Twoje obserwacje. Żeby wspierać dziecko potrzebujemy mieć do tego zasoby. Z pustego i Salomon nie naleje. Rodzice bardzo potrzebują wsparcia, ale też, jak o tym piszesz – realizacji podstawowych potrzeb, choćby wyjścia na chwilę. Myślę, że wsparcia potrzebuje też personel medyczny.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *