fbpx

„Teoria teorią, a życie życiem”, czyli o tym, jakim rodzicem chcę być i dlaczego to takie trudne.

Czytasz książki o rodzicielstwie? Bierzesz udział w warsztatach? Słuchasz webinariów na ten temat? Może wszystkie te formy są Ci bliskie? A mimo to masz wrażenie, że to wszystko bez sensu, bo i tak zachowujesz się inaczej niż chcesz? Co jest nie tak?

Sama już nie wiem ile razy złapałam się na myśleniu, że po cholerę mi to wszystko. Stosy przeczytanych książek, studia psychologiczne, mnóstwo warsztatów i szkoleń, webinarów i artykułów już nie liczę. I co? Jestem lata świetlne od tej Doroty, którą chciałbym być, mój język zdecydowanie zbyt często sieje wiatr i zbiera burzę w postaci rodzinnych konfliktów, a wiedza o tym- jak dobrze byłoby, gdyby było jakoś- wrzuca mnie do sadzawki z poczuciem winy. Bo chciałabym inaczej, a jest jak jest. Nie chodzi wcale o bycie rodzicem idealnym- bo tacy po tej Ziemi nie chodzą, albo jeszcze nie mają dzieci ;). Chciałam  po prostu dobrze- zgodnie z moimi wartościami, a bywa, że „wychodzi jak zwykle”. Znowu. Dlaczego tak się dzieje?

 

Ścieżka i autostrada

Neurobiologia, tłumacząc jak działa mózg (a przynajmniej próbując, bo ten ciągle ma przed nami wiele tajemnic, trochę jak kosmos, ale jednak sporo już wiemy;) ) niesie pocieszenie. To co myślimy, mówimy, robimy powoduje powstawanie w naszym mózgu połączeń neuronalnych. Na początku niewielkich, jednak, im częściej to powtarzamy i stosujemy w życiu, tym neuronalne szlaki są grubsze, a połączenie przechodzą przez nie szybciej. Praktyka więc rzeczywiście czyni mistrza. Ma to też zastosowanie do nowych umiejętności, ale też tego, czego wcale świadomie nauczyć się nie planowaliśmy. Mam na myśli niektóre zachowania naszych rodziców, wychowawców i ogólnie ludzi, z którymi przez lata mieliśmy do czynienia. Nawet, gdy uważaliśmy je za okropne, to nietrudno złapać się na tym, że w silnych emocjach pojawiają się w naszej głowie lub na języku słowa, których, jako dzieci nie lubiliśmy, a jednak teraz automatycznie przychodzą nam do głowy. Tak działamy.

Photo by Evgeni Evgeniev on Unsplash

Szczególnie w stresie, nasz mózg wybiera rozwiązania, które dobrze zna. Wyuczone schematy postępowania i przekonania przychodzą nam do głowy automatycznie. Można to porównać do sytuacji, gdy musisz szybko dostać się z punktu A do punktu B. Masz do wyboru autostradę i ścieżkę przez las- nowo odkrytą, nie do końca wydeptaną, gdzie trzeba będzie przedzierać się przez chaszcze. Co wybierasz? No właśnie. Sytuacja stresowa to nie jest dla mózgu czas na zdobywanie nowych umiejętności. Jeśli odbiera daną sytuację jako zagrażającą (a często tak się dzieje, choć w rzeczywistości rzadko nasze życie jest rzeczywiście zagrożone) to działa szybko, automatycznie, opierając się na tym co działało (lepiej lub gorzej- ale jednak pozwalało przetrwać do tej pory). Dlatego tak trudno jest w silnych emocjach zastosować nam nowe umiejętności . Od zdobycia nowej wiedzy do jej zastosowania w życiu droga może być więc daleka.

Teoria a praktyka

Mówimy, że  „To nie działa”, „Fajnie, fajnie, ale życiu/w mojej rodzinie to się nie da tego zastosować” „Nie umiem tak”,  „Teoria teorią, a życie życiem”. I czasem odpuszczamy próbowanie nowego, przestając widzieć w tym sens  lub nie wierząc, że jesteśmy w stanie cokolwiek zmienić.

Okazuje się jednak, że da się- i owszem, jednak (no cóż, nie odkryję Ameryki 😉 ) wymaga to pewnego wysiłku. Zanim zdobędziemy nową wiedzę w jakimś temacie, jesteśmy- przynajmniej według teorii uczenia się Noela Burcha (źródło) na pierwszym stopniu- nieświadomej niekompetencji. Nie mamy problemu, czy inaczej- nie wiemy, że mamy problem. Nie zastanawiamy się, czy istnieją inne rozwiązania jakiejś sytuacji.

Tutaj umieściłabym np. taką wypowiedź: „Daję dziecku klapsy, bo inaczej się nie da”. Kiedyś wierzyłam ludziom, którzy wypowiadali takie stwierdzenia. Teraz wierzę, że według nich to jest najlepsza możliwa strategia. Bo nie znają innych. Dlatego umieszczam tę wypowiedź właśnie tutaj.

Usłyszenie, czy przeczytanie jakiejś nowej informacji, to już przejście na drugi stopień– świadomej niekompetencji. Wiemy już czego nam brakuje, co byśmy chcieli. Między pierwszym, a drugim stopniem jest ogromna różnica. Bez wejścia na ten drugi nie ma mowy o zmianach, o nauce. A, że nauka jest procesem bywa, że drugi etap- w zależności od tego, czego się uczymy, może nam zająć trochę czasu. Zaczyna się jednak od świadomości.

„O kurcze, ja myślę, że inaczej się nie da, bo dochodzę do ściany. Może mogę spróbować dbania o swoje granice, ale nawet nie wiem, gdzie one są. A kiedy wpadam w złość to już nie potrafię się zatrzymać. Nie chcę już dawać klapsów, wiem, że to przemoc i  nie służy mojej relacji z dzieckiem, ale nie wiem, jak przestać”.

Na tym etapie krok po kroku wprowadzamy w życie nową umiejętność. Czasem coś się udaje, czasem nie. Wyciągamy wnioski ze swoich błędów i próbujemy od nowa. Ćwiczymy nowe zachowanie w różnych sytuacjach. Jednak, jak przy nauce jazdy samochodem, nie ma sensu odpalać auta po raz pierwszy na autostradzie, a większe szanse na powodzenie daje uczenie się kolejnych kroków w bezpiecznych warunkach, pod okiem instruktora, podobnie tutaj. W rodzicielstwie to nie takie proste, bo życie dzieje się na gorąco, ale też mamy pewne możliwości ćwiczeń, a już na pewno rozwoju.

O co chodzi? Mam tu na myśli przede wszystkim oczekiwania wobec siebie. Załóżmy, że od razu od razu wpadasz w dużą złość- oczekiwanie od siebie, że z dnia na dzień staniesz się oazą spokoju w stresującej sytuacji najpewniej doprowadzą Cię do frustracji. Możesz zwrócić się po pomoc, np. do psychologa (klik), terapeuty, ale też porozmawiać z bliską osobą i umówić się z nią na wsparcie i pytanie od czasu  do czasu  o to, jak Ci idzie. Możesz założyć sobie zeszyt, w którym rozpiszesz kolejne cele i- co ważne- małe kroki do ich realizacji. Jeśli chcesz dobrej relacji i empatycznej komunikacji z dzieckiem, a jesteś w takim miejscu, że w złości od razu krzyczysz, to może pierwszym krokiem będzie uświadomienie sobie, że to jest TWOJA złość. To nie dziecko Cię złości (choć jego zachowanie może być wyzwalaczem, ale to nie jest bezpośrednia przyczyna), to Ty się złościsz. To może być trudne, ale daje dorosłemu nie tylko odpowiedzialność za swoje emocje, ale co za tym idzie- moc sprawczą. Bo to, czy się wścieknę tak naprawdę nie zależy od dziecka, tylko ode mnie. Od moich myśli, zaspokojonych bądź nie potrzeb, zasobów i umiejętności.

Kolejnym krokiem może być zatrzymanie się. Pewnie na początku dużym sukcesem będzie, jeśli uda się to zrobić w sytuacji, gdy emocje są umiarkowane, a nie bardzo duże- bo tu mocno wzrasta poziom trudności. Można zatrzymać się w swoich myślach lub nawet wyjście na chwilę, by ochłonąć i przypomnieć sobie nową myśl, którą chcemy powtarzać sobie w danej sytuacji. Ja powtarzam sobie często „Wybieram miłość”, czasem modlę się aktami strzelistymi w rodzaju „Boże, daj mi cierpliwość”, a nierzadko- przyznaję- używam w myślach wulgaryzmów. Napięcie we mnie znacznie spada, choć wolałabym wybierać częściej dwie pierwsze opcje ;).

Jak mówi buddyjskie powiedzenie: Nie rób byle czego, już lepiej stój i patrz”. Jak często, tak naprawdę jesteś w sytuacji, że musisz reagować NATYCHMIAST, bo to sprawa życia i śmierci? Owszem, w rodzicielstwie, szczególnie gdy dzieci są małe takie sytuacje się zdarzają. Jednak to, że dziecko w złości wylało rosół na podłogę (co przeżyłam dzisiaj), to nie jest sytuacja zagrożenia. I wzięcie kilku głębokich oddechów dało mi znacznie więcej niż wypowiedzenie słów, które jako pierwsze cisnęły mi się na usta. Staram się w tym miejscu skupić na faktach, na tym co się tak naprawdę wydarzyło:„ Moje dziecko wylało rosół”, a nie interpretacjach w stylu:„ Co to za zachowanie?! Ona w ogóle mnie nie szanuje (albo jedzenia, albo mnie i jedzenia, albo mnie jedzenia i mojej pracy…… dopisz sobie co chcesz)”. Co budzi w Tobie większe emocje? No właśnie. Dlatego staram się skupiać na obserwacjach. To była pierwsza rzecz, która mnie oczarowała w Porozumieniu bez Przemocy- takie proste, a wiele zmienia.

Uwielbiam słowa  Victora E. Frankla:

„Pomiędzy bodźcem i reakcją jest przestrzeń:

w tej przestrzeni leży wolność i moc wyboru naszej odpowiedzi.”

Dla mnie to właśnie jest kwintesencja świadomego rodzicielstwa, świadomego życia. Stopniowe rozszerzanie tej przestrzeni, by nie reagować z automatu, ale tak jak naprawdę chcę, zgodnie z moimi wartościami. W ten sposób jestem na drodze do świadomej kompetencji. Mam już nową wiedzę (i ciągle zdobywam), jeśli mam odpowiednie zasoby i pamiętam o tym potrafię korzystać z nowych umiejętności.

Czwarty stopień to nieświadoma kompetencja. Tu nowa umiejętność staje się nawykiem, wręcz odruchem. Przychodzi naturalnie i bez wysiłku. Teraz to ta malutka leśna ścieżka jest autostradą.

Karta z serii Milowe

Jesteśmy najlepszymi rodzicami, jakimi w tym momencie potrafimy być. Jesteśmy niedoskonali. I tu wcale nie chodzi o doskonałość. Nie ma rodziców idealnych. Możemy się jednak rozwiać, zdobywać nowe umiejętności. Bez obwiniania siebie, bez poczucia winy. Z akceptacją i łagodnością dla siebie- dla tych niesamowitych rzeczy, które robimy każdego dnia i dla naszej niedoskonałości. Jesteśmy w drodze. Nasza przemiana jest procesem, który ciągle trwa. Gdy patrzę wstecz, widzę wiele małych kroków, które zdawały się mieć niewielkie znaczenie, a jednak teraz jestem już w zupełnie innym miejscu niż kilka lat temu. Widzę też owoce- w przemianie w moim sposobie myślenia, odnoszenia się do siebie i innych, w relacjach. Jak na tej karcie. Idę więc dalej, bo wiem, że warto.

Nasze dzieci dają nam mnóstwo okazji do ćwiczeń w rozwoju.  A przynajmniej moje mi dają, każdego dnia ;). Jak jest u Ciebie? Jeśli masz ochotę podziel się w komentarzu.

A jeśli uznasz ten tekst za wartościowy, będę wdzięczna, jeśli podzielisz się nim z innymi ;).

Twórz relacje o jakich marzysz,

Dorota

P.S. Jak uważasz, napisać, jakie 10 rzeczy pomaga mi iść do przodu w rodzicielskiej (i nie tylko) drodze?

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *