fbpx

Każdy poród u tej samej kobiety jest zupełnie inny, bo rodzi się zawsze nowy, jedyny w swoim rodzaju człowiek”

Karolina Kardasz

Marzy mi się, aby każda kobieta mogła urodzić po ludzku. W godnych warunkach, otoczona ciepłem, bezpieczeństwem i szacunkiem. Aby temat porodu nie był tabu, ani nie był otoczony atmosferą wstydu, obrzydzenia i dyskomfortu. Wiem, że różnie z tym bywa i wiele z nas ma za sobą trudne, a nawet traumatyczne porodowe wspomnienia.

Długo wahałam się, czy opublikować ten tekst. Czy to nie zbyt prywatne? Czy moja intencja, aby ta historia była inspiracją i wsparciem dla innych będzie odczytana? Zaryzykuję. Usiądź wygodnie. Może napijesz się ze mną herbaty? Opowiem Ci moją historię. O tym co się stało, gdy, po trudnych przejściach, zaczęłam marzyć, poszukałam wsparcia i najlepszych dostępnych dla mnie rozwiązań.

Każdy mój poród był zupełnie inny. Pierwszy- trudny i bolesny. Drugi- z traumatycznym początkiem i szczęśliwym zakończeniem. Trzeci był cudem, który uleczył dawne rany. A oto historia tych narodzin.

DOKTOR W.

Byłam w trzeciej ciąży, a w mojej głowie coraz częściej pojawiał się poród. Do tek pory myślałam, że przerobiłam już sobie to, co było trudne w porodzie Zuzanki i traumatyczne w porodzie Marcelki. Otóż nie. Obraz doktora W. wracał do mnie w snach. Wiedziałam już, nie tylko z teorii, czym jest kaskada interwencji, naruszenie granic i godności, nieposzanowanie praw, brak poczucia bezpieczeństwa, utrata zaufania do lekarza, czym grozi wejście w rolę pacjentki. Wiedziałam, na co nie mam zgody, wiedziałam z doświadczenia, że potrafię wraz z mężem nawet zmienić szpital, gdy ktoś robi nam krzywdę. Ale nie chciałam już tego powtarzać.

Chciałam za to znowu doświadczyć wsparcia, wiedząc już, jak wielką ma wartość dla rodzącej kobiety- w wyjątkowym momencie, gdy jest tak pełna mocy i bezbronna jednocześnie.

Gdy myślałam o wsparciu porodowym przypominałam sobie spotkanie w powiatowym szpitalu położnej- Anioła. Pełnej empatii, delikatności i wiary w kompetencje rodzącej matki. To była kobieta, której jestem ogromnie wdzięczna, choć nasze spotkanie nie trwało długo.

Doświadczyłam też ogromnego wsparcia od męża. Po prostu ze mną był. Dla mnie najcenniejsza była właśnie jego obecność. Pamiętam, jak przy pierwszym porodzie poprawiał mi humor, gdy powoli podawano mi kroplówkę z oksytocyną. Rozwiązywaliśmy wesoło krzyżówki, pytając przechodzącego lekarza, czy wie, jak się nazywa młode łopatacza. Potem nosił za mną po schodach stojak z kroplówką i towarzyszył mi bez słów, trzymając za rękę, gdy mdlałam podczas skurczy. Wspierał mnie wtedy do końca.

Przy drugiem, jeszcze-nie-porodzie, kiedy zastraszona („Chce Pani zabić swoje dziecko?!”) nie otrzymawszy żadnej merytorycznej odpowiedzi na moje pytania, pozwoliłam podłączyć sobie kroplówkę z oksytocyną zabrakło mi go na chwilę. Zaraz po przyjeździe do szpitala wyszedł na kilka minut odwołać popołudniową pracę. „Powinna się pani cieszyć. Porodówka to fontanna szczęścia!” -usłyszałam od Doktora W. , który zaraz potem próbował bez mojej wiedzy i zgody przebić mój pęcherz płodowy, gdy nie miałam jeszcze żadnych skurczy. Mateusz wrócił i zastał mnie w zapłakaną. Byłam roztrzęsiona, wiedziałam, że temu lekarzowi nie pozwolę się więcej dotknąć. Wyszliśmy ze szpitala na żądanie, usłyszawszy wcześniej, że Doktor W. trenuje zapasy, o czym poinformował mojego męża z odległości kilku centymetrów. Nie pytaj mnie co to miało wspólnego z porodem. Może kiedyś zapytam Doktora W., jeśli go spotkam.

W towarzystwie rodziny doszłam do siebie na tyle, by na nowo poczuć w sobie moc do rodzenia. I urodziłam. Następnego ranka, w miarę możliwości naturalnie, w innym szpitalu, wiedząc, że w moim mieście Doktor W. ma dyżur od piątku do wtorku, więc mogła, znowu na niego trafić. Dotarliśmy do szpitala na tyle późno, że kiedy ginekolog zrobił mi badanie od razu trafiłam na łóżko porodowe, odpowiadając na pytania o dane osobowe między skurczami. To był poród- jak wszystkie tam w pozycji horyzontalnej, ale jednak szybki i w porównaniu z pierwszym, indukowanym sztucznie, znacznie mniej bolesny. Tylko do tej pory nadziwić się nie mogę, dlaczego, wiedząc, jak ważny jest kontakt skóra do skóry, nie umiałam wtedy o niego zadbać. Co prawda podano mi na moment córeczkę zaraz po urodzeniu, ale zaraz potem poddano ją procedurom medycznym i przyniesiono później- wykąpaną, ubraną i zawiniętą w rożek. A ja, leżąc, nie czułam się na siłach, żeby ją rozebrać i prośba o to nie przeszła mi przez gardło. Zrobiłam to później, już na sali poporodowej. Byłam tam sama z córeczką, więc cieszyłyśmy się kontaktem skóra do skóry. Zaraz potem weszło na nią kilku lekarzy robiących obchód. Wychodząc zapomnieli zamknąć za sobą drzwi…

Zdecydowałam więc, że teraz- przed trzecim porodem mój mąż będzie wiedział o wszystkim co w porodzie jest dla mnie ważne i prosiłam go, by w czego był moim głosem, jeśli ten znowu utknie mi w gardle.

MARZENIA

Przygotowując się do trzeciego porodu wiedziałam już na czym mi zależy.

Chciałabym czuć się bezpiecznie, być wśród osób do których mam zaufanie i które będą mnie wspierać.

Chciałabym, żeby mój synek przyszedł na świat w atmosferze miłości i szacunku.

Chciałabym, by mógł się urodzić spokojnie, w swoim tempie, bez niepotrzebnych interwencji.

Chciałabym, by po urodzeniu nie raziło go ostre światło i by mógł szybko schować się w ramionach mamy.

Chciałabym, żeby ojciec mojego dziecka nie musiał wychodzić z sali, ani z nikim walczyć. Chciałabym intymności zamiast wstydu w kusej, jednorazowej koszuli.

Chciałabym czuć zaufanie do swojego ciała i siłę swojej kobiecości niestłumioną słowami: „Jutro podłączymy Pani kroplówkę” i „Chce Pani zabić swoje dziecko!?”, bez wyjaśnienia, co się dzieje, mimo moich pytań.

Chciałabym móc wybrać fizjologiczną pozycję do rodzenia.

Chciałabym jeść, by mieć siłę na czas skurczy, zamiast być na czczo do 11.00, aż podłączą kroplówkę i potem do 22.50, kiedy urodziłam.

Chciałabym nieprzerwanego kontaktu skóra do skóry zaraz po porodzie, zamiast podania mi wykąpanego dziecka po odbyciu procedur medycznych.

Chciałabym cieszyć się porodem, nie dokładać cierpienia do bólu.

Chciałabym urodzić naturalnie.

Chciałam, żeby ten poród był piękny.

O porodzie domowym nie śmiałam marzyć. Wydawało mi się to niemożliwe- finansowo, lokalizacyjne, logistycznie. Postanowiłam jednak szukać sposobu na to, by mieć większy wpływ na to, jak urodzę- gdziekolwiek miałoby to być.

Zaczęłam od pytania w szpitalu w którym rodziłam, czy może jednak da się tam urodzić wertykalnie.

-Nie da się. Sala nie jest na to przygotowana. -usłyszałam od ginekologa

Co mogę zrobić, żeby była? Mogę zabrać co trzeba, bo przecież tu nie trzeba wiele.

– Niech pani nie kombinuje. Nie bez powodu się rodzi na leżąco.

Ten ostatni argument mnie przekonał. Że to nie ten adres. Przecież to chyba jedyna niefizjologiczna pozycja do rodzenia! Poszłam więc do położnych na oddziale.

-Nie da się- usłyszałam. Tutaj nie ma takiej możliwości. Co pani wymyśliła? A która to ciąża? Trzecia? To pani nie zdąży do szpitala dojechać.

Wróciłam do domu. Myślałam o tym, że nie chcę podczas porodu kłócić się z położną lub lekarzem o pozycję. Nie chcę, żeby to był czas walki. Przejrzałam sobie https://gdzierodzic.info/ , żeby sprawdzić, czy aby na pewno kwestia pozycji rodzącej w drugiej fazie porodu prawie w całym województwie wygląda podobnie- na plecach. Przypomniało mi się, jak szukałam szpitala do pierwszego porodu ponad cztery lata temu. Wtedy już po lekturze „Księgi ciąży” Searsów wiedziałam, ze można rodzić w różnych pozycjach, choćby na stojąco, czy w kucki, ale kiedy zapytałam o to w szpitalu usłyszałam „NIE DA PANI RADY TAK URODZIĆ”. Uśmiecham się ponuro na to wspomnienie.

W okolicach majówki urodziła moja koleżanka Linda i podzieliła się ze mną swoją niesamowitą historią. O Domu Narodzin, porodzie pełnym świadomości, nie bez bólu, ale bez cierpienia. Zainspirowała mnie, by się nie poddawać.

PRZYGOTOWANIA

Dostałam numer do położnej, która przyjmuje porody domowe. Pełna nadziei przez kilka dni próbowałam się z nią skontaktować. Po raz kolejny w życiu przekonałam się o tym, że gdzie są spore oczekiwania, tam też spore rozczarowanie. W rozmowie telefonicznej, kiedy położna zapytała mnie o poprzednie porody, serce zaczęło bić mi szybciej. Trudno mi było odpowiedzieć jednym zdaniem, dotknęłam więc na moment bolesnego dla mnie kawałka i…

– Skąd pani dostała numer do mnie?- usłyszałam w na to.

Odpowiedziałam, czując jak odbijam się od ściany, ale uśpiłam moją czujność myśleniem, że może przesadzam. I stanęłam na głowie, by w niełatwych wówczas życiowych okolicznościach pojechać na spotkanie z nią. Pojechaliśmy. Do spotkania nie doszło. Siedziałam w samochodzie pod gabinetem nie wierząc w to co czytam w SMS-ie. Brzmiało, jak ponury żart. Z oczu płynęły mi łzy bezsilności i rozczarowania.

– Daj spokój- uspokajał mnie Mateusz- Tak miało być. To nie ta osoba.

Potrzebowałam chwili, żeby te słowa dotarły do mnie. Rzeczywiście. Przecież tak mi zależy na zaufaniu, na profesjonalizmie i empatii, na tym, by czuć się z położną po prostu dobrze. Czy tutaj bym to znalazła?

To już chyba koniec. Nie ma szans na poród w domu, pewnie już za późno…” nakręcała się we mnie spirala myśli. Ale, hmmm…

Kojarzę z Facebooka jedną doulę z Gdańska, może do niej zadzwonię? -zapytałam retorycznie. I zadzwoniłam do douli Zuzanny, by zapytać, czy zna jakąś położną, która przyjmuje porody domowe. Usłyszałam ciepły, przyjazny głos. Poleciła mi Karolinę Kardasz ze Szkoła rodzenia Majka.

Zadzwoniłam do niej następnego dnia i już wiedziałam, że to jest osoba, z którą chcę rodzić. Mimo, że wcale nie było pewne, że to się uda. Dała mi nadzieję. Dała mi też znać, że była kiedyś w mojej okolicy i wspierała w porodzie Marysię, która dwukrotnie rodziła domowo. Poznałyśmy się. Maria podzieliła się ze mną swoją opowieścią porodową i była dla mnie kolejną inspiracją i wsparciem.

Skoro był choć cień szansy na poród w domu, rozpoczęłam przygotowania. Byłam też gotowa na szpital- wiedziałam, że do porodu może się zdarzyć wiele niezależnych ode mnie rzeczy. I, gdziekolwiek urodzę (byle nie z Doktorem W.), chciałam zadbać o swoje przygotowanie i dobre nastawienie, świadomość, spokój i wsparcie. Zrobiłam dodatkowe badania, pojechałam na kwalifikację do ginekologa, któremu nieobcy jest temat porodów domowych, bo sam takie przyjmował. Zaskoczył mnie wyjątkowo dokładnym wywiadem i całościowym podejściem. Nie miałam żadnych przeciwwskazań, więc napisał karteczkę do mojej położnej „Może próbować rodzić w domu”.

Nadszedł 37 tydzień. Od kilku dni czułam spokój. Po intensywnym czasie nadszedł czas wyciszenia, spotkania ze sobą, wicia gniazda. Kiedy dziewczynki jeździły do dziadków korzystałam z chwil ciszy, krok po kroku sprzątając mieszkanie. Chciałam zrobić miejsce dla naszego synka. Nie tylko w szafie, czy w pokoju, ale w moim życiu. To te ostatnie dni były dla mnie czasem na to, by naprawdę ucieszyć się tym co nowe i nieznane. By oczekiwać.

Skupiłam się więc na porodzie. Marzyłam o tym czasie- jako dobrym i pięknym. Czułam, że tego potrzebuję, czułam, że tym razem to możliwe.

Poza mnóstwem rzeczy, które chciałam zrobić przed porodem, pakowaniem torby do szpitala, przygotowaniem tego, co niezbędne do porodu domowego (z nadzieją, że do niego dojdzie) czytałam m. in. „Urodzić razem i naturalnie” Ireny Chołuj. To jest książka, którą polecam wszystkim rodzicom oczekującym dziecka. Pełna szacunku dla nowego życia i jego mamy, merytoryczna i konkretna- pomaga zrozumieć fizjologię porodu, poznać naturalne sposoby łagodzenia bólu porodowego i przygotować się do porodu naturalnego- szczególnie w domu.

Tym razem dałam się ponieść marzeniom i zrobiłam coś więcej. Przygotowałam relaksacyjną playlistę, afirmacje, świeczki, upiekłam ciasteczka i zapełniłam zamrażarkę. Zaprzyjaźniałam się ze swoim ciałem i próbowałam się relaksować (co nigdy dotąd nie było dla mnie łatwe). Trwało właśnie wyzwanie Beaty Meinguer „Hipnoporód”- wzięłam w nim udział, zostałam też na dłużej na jej blogu. Nie można powstrzymać fal, ale można nauczyć się surfować”- przeczytałam u tam i spodobała mi się ta metafora skurczu. Chciałam się nauczyć tego surfowania i zamiast walczyć z tym co nieuniknione, współpracować z tym. Wszak ból porodowy nie jest bez sensu. Daje znać co się dzieje z ciałem, w którym momencie porodu się znajduje. Pomaga się otworzyć na Nowe Życie.

Zapisałam się też do grupy Poród domowy . Szukałam inspiracji, dobrych historii porodowych, nadziei i siły. Na tej grupie ktoś zamieścił link do filmiku na Instagramie do którego wielokrotnie wracałam- tyle tam było miłości, tyle radości mimo bólu, że wzruszałam się przy nim za każdym razem. Przygotowywałam się też na czas połogu, czerpiąc wiedzę od Vohli z „Otulić Mamę”.

Przekonała mnie, że warto połóg przeżyć spokojnie. Że warto zorganizować sobie wsparcie na ten czas i dać sobie pomóc, zamiast być superbohaterką, która dwa dni po porodzie może wszystko. I że taki połóg- skupiony na odpoczynku dla mamy i nawiązywaniu więzi z dzieckiem jest wspaniałą inwestycją. Po raz pierwszy w życiu pomyślałam o tym, jaki chcę mieć połóg i co mogę zrobić, by był taki- na miarę możliwości naszej rodziny.

PORÓD

Skurcze przepowiadające przychodziły co jakiś czas, by dać znać, że to już niedługo. W środowy wieczór nasiliły się, ale wiedziałam, że to jeszcze nie to.

W piątek około południa mój mąż pojechał do pracy, przy okazji zabierając dzieci do dziadków. A ja w- w pełni sił, zajęłam się generalnymi porządkami. Około 15 poczułam skurcz. Tak bolesny, że nie byłam w stanie dokończyć tego, co zaczęłam. I następne. Co 5 minut! Zadzwoniłam więc do Mateusza, że to chyba dziś, dałam znać Karolinie, co się dzieje i weszłam do wanny. Skurcze nieco zelżały, choć nadal odczuwałam je regularnie, to mogłam chodzić i rozmawiać przez telefon. Razem z mężem ogarnęliśmy mieszkanie, przynieśliśmy potrzebne rzeczy, włączyliśmy muzykę, zapaliliśmy świeczki, zjedliśmy zupę. W międzyczasie skurcze się nie nasilały, nawet zelżały. Zapisywaliśmy je co ok. 3 minuty, potem co 5. Około 18 dojechały położne- Karolina, z którą nie raz już rozmawiałam i z którą dwukrotnie się wcześniej widzieliśmy oraz Ewa- jej asysta. Posłuchaliśmy małego serduszka, które biło, jak należy. Skurcze były słabsze, mogłam swobodnie chodzić i mówić. Był więc czas herbatę i migdałowe ciasteczka. Tym razem- przynajmniej w pierwszej fazie porodu- nie chciałam być głodna. Czekając na położne naszykowałam wody z miodem i cytryną, a z zamrażarki wyciągnęłam rosół na pierwszy poporodowy posiłek. Cieszyłam się, że położne zdążyły, ale przez myśl przeszło mi jednak pytanie, „Czy ta cała akcja, to nie był jakiś fałszywy alarm”? Żeby nieco ją rozruszać tańczyłyśmy trochę w pokoju. Mieliśmy też w czwórkę sporo czasu na rozmowy. Ale ja czułam, że za bardzo słucham, za bardzo myślę o tym o czym rozmawiamy. Że trzeba mi ciemności, bycia ze sobą, zanurzenia się w poród. Zostawiłam więc towarzystwo i zaczęłam tańczyć sama, przy świetle świec. Spokojna playlista została zastąpiona kubańskimi rytmami z „Dirty Dancing 2”. Czułam w sobie spokój, pewność, siłę. Skurcze- dość łagodne jeszcze napełniały mnie radością, że się otwieram, że już niedługo zobaczę mojego synka. Tymczasem moja porodowa drużyna szykowała basen w drugim pokoju.

Cały dzień byłam na nogach, a wieczorem próbowałam rozruszać akcję chodzeniem, tańcem i skakaniem na piłce. Niewiele to zmieniło. Późnym wieczorem położne zaproponowały mi drzemkę. Położyłam się na chwilę. Wstałam rano. Czułam rozczarowanie. Woda w basenie wystygła, świeczki się dopaliły. Bałam się, że to jednak był fałszywy alarm. Że moje położne wrócą do Trójmiasta, a kiedy akcja zacznie się naprawdę nie zdążą dojechać. Że to wszystko jednak na nic. Że może urodzę dziś, a może za kilka dni. Bardzo chciałam dziś. Ustaliłyśmy więc plan działania: Po śniadaniu zrobimy badanie, a jeśli nic się od wczoraj nie zmieniło (było jakieś 1,5 cm) i zobaczymy co dalej. Miałam jakieś 4-5 cm. Te skurcze jednak coś dały. Powoli, ale rodzę!

Karola pokazała mi, jakie ćwiczenia mogę wykonywać, by pomóc mojemu ciału się otworzyć. Skurcze po kilku minutach ćwiczeń ostro się nasiliły. Mateusz zapisywał: co 5 minut, zaraz co 3. Jednak rodzę! Cieszyłam się i skupiałam na oddechu. Pamiętałam jeszcze, że skurcze są jak fale- obejmują mnie i odchodzą. Pomagają mojemu ciału wydać na świat Życie. Że ten ból (a stawał się coraz mocniejszy, tak że skurcze z dnia wczorajszego wydawały mi się niewinną zabawą), jest potrzebny. Daje mi znać, że jesteśmy na dobrej drodze. Czułam, że napina się tylko moja macica, a ja cała jestem rozluźniona.

Mateusz wspierał mnie najlepiej jak umiał. Dzwonił, zapisywał skurcze, od nowa nalewał wody do basenu, włączył muzykę, na nowo odpalił świeczki, co chwilę podawał mi miodowej wody. Jakoś wyjątkowo łatwo przychodziło mi mówienie o tym, czego mi trzeba, a on zdawał się być zadowolony z konkretnych komunikatów wydawanych pomiędzy skurczami. A te były coraz mocniejsze. Straciłam swój spokój. Karola przyszła mi z pomocą pomagając oddychać. „Nie walcz z tym skurczem! Rozpracuj go dobrze! Jeszcze chwila, dasz radę!”- mówiła. Pamiętam jej oczy, pamiętam jak te słowa trzymały mnie za rękę. Moja Drużyna pomogła mi przenieść się do basenu, w którym mogłam dowolnie zmieniać pozycję. W pierwszej chwili poczułam ulgę. Woda delikatnie uśmierzała mój ból. Zaraz jednak wrócił, choć czułam, że jednak w tej wodzie jest inny, jakby się w niej rozpływał. Chwilę później poczułam, że nadeszła druga faza porodu. Mateusz trzymał mnie za rękę i oddychał ze mną. Karola bardzo mi wtedy pomogła- dzięki jej wskazówkom nie parłam, wystarczył oddech. Czułam się bezpieczna, zaopiekowania, wolna. Kilka skurczy później pojawił się On. Filip Mateusz. 3590 g żywego szczęścia. Rodził się ssając kciuk. W tle leciał „Krąg Życia”- jakby ktoś był w stanie zaplanować tę piosenkę na ten moment. Podano mi synka natychmiast. Nie płakał, choć miał 10 w skali APGAR. Najwyraźniej było mu dobrze. Cieszyliśmy się kontaktem skóra do skóry, wśród łez wzruszenia i radości. Czułam wdzięczność, ogromną wdzięczność. Za To Wspaniałe Życie. Za mojego męża. Za Karolinę i Ewę. Za ten piękny, godny poród.

***

-Każdy wie, że poród jest obrzydliwy- usłyszałam niedługo potem z ust znajomej lekarki. – Nie jako komentarz do mojego. Tak po prostu, ogólnie. No każdy to wie. Prawda?

Często słucham- zawodowo i prywatnie, o trudnych doświadczeniach porodowych. Dwie takie historie są też moim udziałem.

Napisałam dla Ciebie tę opowieść, żebyś usłyszała, że poród może być piękny.

Że masz na to ogromny wpływ- choć to prawda, że porodu nie da się całkowicie zaplanować, że może być inaczej niż marzeniach, to możesz się przygotować na różne możliwości.

Że możesz wiele zrobić, by zadbać o to co dla Ciebie ważne: zdobywając wiedzę, inspirując się pozytywnymi opowieściami porodowymi, szukając formy porodu, która będzie dla Ciebie najlepsza i miejsca, w którym poczujesz się bezpiecznie. Niekoniecznie domowo. W ramach tych możliwości, które masz.

Że możesz poszukać sobie Drużyny Porodowej, która będzie Cię wspierać- czy to będzie mąż, partner, doula, czy inna osoba, która otuli Cię swoim ciepłem i doda Ci skrzydeł, albo po prostu będzie Ci towarzyszyć.

Że nie trzeba do bólu dodawać cierpienia.

Marzę o tym, by każda kobieta mogła urodzić po ludzku. By każda z nas rodziła pięknie. To może oznaczać bardzo różne porody, bo bardzo różne jesteśmy i różne są nasze okoliczności życiowe. Nie zawsze da się urodzić naturalnie. Bywa, że potrzebne są interwencje medyczne, czy cesarskie cięcie. Bez względu na miejsce i formę porodu, wszystkie zasługujemy na to, by rodzić godnie, w poczuciu bezpieczeństwa, intymności i zaufaniu. Życzę każdej oczekującej dziecka kobiecie, aby jej poród był czasem doświadczenia swojej kobiecej mocy. I ogromu wsparcia.

Aby poród toczył się bez komplikacji- musi odbywać się w miejscu zapewniającym kobiecie komfort i intymność. Jak również to, że rodzącej powinna towarzyszyć bliska osoba, która ją wspiera, pomaga, dzieli z nią trudy porodu i radość z narodzin dziecka, czy to, że najważniejszą potrzebą nowo narodzonego dziecka jest przytulenie się do mamy”
Anna Otffinowska, Założycielka Fundacji Rodzić po Ludzku

 

Poniżej linki, które mogą Ci się przydać:

Urodziłaś?

Wypełnij anonimową ankietęFundacji Rodzić po Ludzku i oceń szpital. Głos matek ma moc zmiany!

Podczas porodu doznałaś złamano Twoje prawa? Doznałaś przemocy? Zgłoś naruszenie. Bez tego trudno o zmiany, bo, jak napisała  wolonariuszka Fundacji Rodzić po ludzku, wiele z nas tego nie robi, a efekt jest taki, że wiele jest naruszeń, ale nie ma na to dowodów, a podczas interwencji fundacji można usłyszeć „ Nie zgadzamy się z raportem, u nas pacjentki są zadowolone, skarg nie mamy”. Możesz też napisać pochwałę, bo wśród personelu medycznego jest wiele wspaniałych położnych i lekarzy, którzy oddają pacjentkom całe serce.

Przygotowujesz się do porodu? Poszukaj wiedzy i wsparcia.

Na portalu gdzierodzic.info, znajdziesz rzetelne informacje na temat ciąży, porodu, połogu i karmienia piersią. Dowiesz się też jakie masz prawa, jako rodząca. To też źródło informacji o położnych i szpitalach, więc sprawdzaj- nie pozostawiaj porodu przypadkowi. Polecam również stronę dobrzeurodzeni.pl i moje ostatnie odkrycie- Birth Coach Project – Położna Sylwia Ura-Polak 

Wsparcia, inspiracji i pozytywnych historii porodowych (oczywiście i domowych i szpitalnych) możecie poszukać m.in. w tych miejscach:

Naturalnie po cesarce

Vivat poród

Pozytywny poniedziałek

Grupa- Błękitny Poród

Grupa-Poród domowy

Naturalne położnictwo

Polecam też całym sercem:

Położną Karolinę Kardasz ze Szkoły Rodzenia Majka KLIK, KILK, z którą można także rodzić domowo oraz Doulę Zuzannę, która wsparła mnie informacjami.

Birth Coach Project – Położna Sylwia Ura-Polak Birth Coach Project – Położna Sylwia Ura-Polak Birth Coach P